Nie zabijaj

Dziś tragedia we Francji, czy naprawdę ludzie muszą zabijać ludzi. Zawsze zaczyna się od zabijania zwierząt. Zadawanie śmierci znieczula wyrzuty sumienia. Śmierć zwierząt i ludzi wygląda podobnie. Taki sam jest strach i walka o życie. Taki sam ból i tak samo zatrzymuje się serce. Moje jeszcze bije i dlatego z całego serca współczuję tym, którzy zginęli i ich rodzinom. Nie ma słów, aby wytłumaczyć taką śmierć. Na koncercie, w kawiarni… Co można zrobić by tak się nie działo? Są tacy, którzy twierdzą, że zabić w odwecie… Wówczas nigdy nie skończy się zabijanie, bo zawsze ktoś przeżyje i znów zabije. W odwecie. I tak snuje się nasza , ludzka historia. Historia wojen, a więc i zabijania. A może tak przestać zabijać w ogóle. Po prostu zastosować przykazanie- Nie zabijaj. Nikogo. Bez względu na gatunek.

Znów jestem!

To nie z mojej winy blog był niedostępny nawet dla mnie. Przepraszam i obiecuję to naprawić. Na razie chcę tylko wyrazić swoje oburzenie dla opieszałości organów ścigania w coraz częstszych przypadkach podpaleń lasu. To zbrodnia, za którą należałoby karać dożywociem. Nie jestem zwolenniczką kar, ale morderstwo Matki Ziemi i to ze szczególnym okrucieństwem nie zasługuje na łaskę.

Powracamy po krótkiej przerwie!

Najmocniej przepraszamy za przerwę w pracy blogu spowodowaną zmianą serwerów.
Od tej pory jesteśmy w nowej serwerowni, która zapewni 100% dostępność bloga!

telehouse_pl
Jeszcze raz przepraszam wszystkich czytelników, administrator Jacek.

 

1 czerwca

Jak co roku 1 czerwca obchodzimy Dzień Dziecka. Proszę, błagam – nie kupujcie dzieciom żywych prezentów. Marzę o świecie, w którym mądrzy rodzice będą uczyć swoje dzieci szacunku do każdej żywej istoty. Nigdy nie pozwolą, aby malutka, śliczna istota- ptak, chomik, myszka spędzała życie w klatce tylko dlatego, że jest ładna. Przecież przyszłość świata zależy od tego, czego nauczymy nasze dzieci. Uczmy je miłości, współczucia, wrażliwości. To naprawdę ważniejsze niż tabliczka mnożenia i taniec.

Churucos- anioły Amazonii

I już po urlopie. Wydawało się, że prawie cztery tygodnie to kawał czasu, ale czas dziwnie przyspiesza podczas urlopu. Potem jego cień zostaje w głowie niczym kolorowy film. W pośpiechu codzienności kolory trochę bledną, więc piszę od razu po powrocie. Jeszcze czuję zapach herbacianej wody w królowej rzek- Amazonce. Dlaczego herbacianej? Jest brązowa, ale przejrzysta. To napar z liści zrzuconych przez drzewa, ich kory i owoców. Woda mętnieje gdy rzeka wylewa i zabiera wszystko co spotka na brzegach. Bez wątpienia Amazonka jest królową całej Amazonii. Ona wyznacza rytm życia ludzi i zwierząt. Ona karmi i wytycza trasy wędrówek. Jest niczym autostrada z niezliczoną ilością zjazdów i parkingów. Wszystkie duże rzeki świata uzależniają od siebie otaczający je świat. Człowiek od lat stara się je ujarzmić i często mu się udaje. Ale z Amazonką sobie nie poradzi. I całe szczęście, bo ta rzeka trzyma przy życiu całą planetę. To dzięki Amazonce lasy deszczowe trwają i pozwalają oddychać.Tak bardzo chciałabym użyć magicznych słów by wszyscy poczuli odpowiedzialność za Amazonię. Bo jesteśmy odpowiedzialni za jej niszczenie. Za tragedię zwierząt i ludzi, którzy żyli sobie spokojnie dokąd nie poczuli oddechu naszej cywilizacji. Przyniósł odór pieniądza i zaczęła się rzeź. Trwa do dziś. Nad drzewami mało kto się lituje. Drzewo to drzewo. Najlepiej wygląda gdy zdobi salon meblami i podłogą. Przykro to pisać, ale jak rzadko zastanawiamy się z czego zrobione jest to co kupujemy. Na szczęście słyszalny jest już głos sprzeciwu dla naturalnych futer. Jednak dalej zbyt cichy, bo nikt go nie słyszy w amazońskiej głuszy.Miałam dużo szczęścia, bo trafiłam do siedziby fundacji Saary Bennett  ratującej naszych, najbliższych kuzynów- wełniaki szare. Zresztą nie tylko one znajdują tam bezpieczną przystań. Czemu giną? Bo gdzieś w Europie, USA ktoś chce ubierać się w ich futra. Bo inny chętnie kupi małpiego oseska. Bo wycinane są drzewa- ich domy. Bo prawie nikogo nie obchodzi los jakichś tam małp. Miałam zaszczyt przytulać rozbrykane wełniaki, zwane w Kolumbii Churucos.  Same sobie nadały to imię, bo właśnie tak brzmią ich okrzyki. Coraz rzadziej rozbrzmiewają w koronach drzew. Wełniaki to jedne z bardziej pokojowo usposobionych istot. Nie walczą między sobą i z nikim innym nie szukają zwady. Gdyby wyeliminować upodobanie do seksu można by je porównać z bonobo.  Są czułe, przyjacielskie, serdeczne. Żyją w amazońskiej dżungli od praczasów. Dopiero nasza cywilizacja może zgasić to życie. Razem z nim zgaśnie cały las deszczowy, bo rośnie dzięki Churucos. Jedzą przede wszystkim owoce, a ich nasiona uzyskują zdolność do kiełkowania dopiero po przejściu przez przewód pokarmowy wełniaka. Warte przemyślenia, bo życie amazońskich lasów= życie całej Ziemi.

Obiecuję napisać więcej i umieścić zdjęcia, ale na razie dopadła mnie codzienność i muszę nadrobić zaległości.

Jadę na urlop.

Jutro rano wyruszam w daleką podróż. Nareszcie spełnię młodzieńcze marzenie. Wiele lat temu gdy czytałam „Ryby śpiewają w Ukajali” chciałam być Arkadym Fiedlerem. Było to tak samo niemożliwe jak wyjazd dalej niż do Bułgarii (na to też nie było nas stać). Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w środę zobaczę Amazonkę. Trzymajcie za mnie kciuki. Wracam 26 lutego i podzielę się wrażeniami.

Dlaczego ludzie nie umieją żyć bez wojen?

Jeden z moich sąsiadów wie, że nasze psy boją się huku i błysków. W związku z tym co roku serwuje im i nam pokaz sztucznych ogni zza płotu. I to wcale nie w Sylwestra, ale dzień po nim, jak tylko zapadnie zmrok wystrzeliwuje, a raczej wstrzeliwuje do naszego ogrodu jazgoczącą feerię świateł. Psy wpadają w amok, a ja przez tydzień zbieram resztki kanonady. Co powinnam zrobić? Zgłosić na policję? Nawymyślać? Poprosić by tego nie robił? Prosiłam. Bez efektu. Nie zrobię nic więcej, bo po pierwsze nauczyłam się radzić sobie z psią paniką, a po drugie wiem, że ten człowiek tylko czeka na „wojnę”. Inaczej by tego nie robił. To rzucanie rękawicy. Nie podejmuję jej i wierzę, że albo mu się znudzi, albo się przyzwyczaimy. Chyba już się przyzwyczaiłam, bo gdyby nie było kanonady zaniepokoiłabym się o zdrowie sąsiada. Tak naprawdę nigdy nie miałam poważnego zatargu z owym piromanem. Mieszkamy obok siebie 13 lat. Gdy nie miałam jeszcze ogrodzenia wykorzystał moją działkę jako drogę dojazdową dla ciężkiego sprzętu do budowy domy. Koleiny sięgały kolan. Obiecał to wyrównać, ale tylko obiecał. Czas zrobił swoje. Zostały już tylko płytkie ślady po koleinach. Potem raz miał pretensję, że nie żyjący już pies Ciapek za głośno szczeka. O koleiny się nie awanturowałam, a Ciapka wypuszczałam do ogrodu niezbyt wczesnym rankiem. Wydawałoby się, że powinno być ok. Nie jest bo jak tu żyć bez walki. Niestety zbyt wielu ludzi musi znaleźć sobie jakiegoś przeciwnika. To  co opisałam nie ma żadnego znaczenia w globalnym, międzyludzkim konflikcie, ale jakże prosto pokazuje zalążek wojny. Oczywiście, gdyby ów sąsiad dopuścił się „ataku” na życie moich zwierząt stanęłabym do walki. Musiałabym. Żyję nadzieją, że nigdy nie będę musiała.  Nie znoszę wojny. Co tam wojny. Nie znoszę wszelkich konfliktów. I jak tu żyć gdy cały świat kipi od krwawych rozgrywek? Ludzie zabijają się w imię Boga, w imię wolności, dla zysku. Jaki Bóg błogosławi mordowanie bliźnich? Jestem pewna, że nigdzie nie ma takiego Boga. Co to za wolność, która idzie po ciałach zamordowanych braci? To nie wolność i Pyrrus już dawno się o tym dowiedział.

Nie wiem czy jest nadzieja dla współczesnego człowieka.

Święta, święta i po świętach.

Boże Narodzenie jak zwykle przebiegło suto, smacznie i ciepło. Wszyscy zadowoleni. Najbardziej koty, bo nie tylko ryba, ale i moc kolorowych papierków. Psy też nie narzekały na brak wrażeń. Tylko ptaki za oknem- ciągle ten sam słonecznik? – Ten sam, bo nie zjadacie innych nasion- odpowiadam.
A ludzie? Jak to ludzie, poluzowali paski by zmieścić ostatnie uszko z grzybami, otarli usta z rosy barszczu, zagryźli drożdżowym i już myślą wstać od stołu, a tu jak nie huknie dyszkant z psiego gardła- Wszystkiego Najlepszego!!!
I ja dołączam się do tych życzeń. Dodam tylko- pomyślności w Nowym 2015 Roku.

Uczę się hiszpańskiego…

Ten wpis przeznaczony jest dla wszystkich, którzy uczą się obcych języków. Myślę, że w dzisiejszych czasach dotyczy to większości młodych ludzi. Szkoły mają w swoim programie przynajmniej dwa . Za moich, szkolnych czasów obowiązkowy był nie tylko rosyjski. Licea oferowały poza nim jeden z zachodnich języków. Mimo to niewiele skorzystaliśmy. Uczniowie nie przykładali się do języków, bo  wyjazdy zagraniczne zostawały w sferze marzeń. Ja jak wszyscy uczyłam się rosyjskiego i dodatkowo niemieckiego. Rosyjski został w głowie i na języku, ale z niemieckim gorzej. Nie używałam go ze czterdzieści lat i wydaje mi się, że nic nie pamiętam. Wierzę jednak w moc pamięci i pewnie gdybym znalazła się w „niemieckiej” konieczności mózg otworzyłby dawno zapomniane szuflady. Angielskiego nauczyłam się sama i jedyne co dostałam z zewnątrz to miesięczny, bardzo przyspieszony kurs sprzed prawie trzydziestu lat. Rok temu postanowiłam zrealizować jedno z podróżniczych marzeń i wyruszyć nad Amazonkę. Nie bez powodu „padło” na Kolumbię. Słyszałam opowieści przyjaciół, czytałam w książkach i w pismach podróżniczych, że ludzie wspaniali i przyroda prosto z moich marzeń. Jedyne utrudnienie to język. Po hiszpańsku umiałam powiedzieć „o le” i hasta la vista. Trochę mało. Mam 57 lat i ze strachem otworzyłam książkę „No hay problema.” Potem umówiłam się na cotygodniowe lekcje z Aidą, przeuroczą Kolumbijką- znajomą moich przyjaciół. Był początek kwietnia, albo koniec marca 2014.  Zaczęło się mozolne wkuwanie. Jestem bardzo zajętym człowiekiem. Pracą mogłabym obdzielić z dziesięć osób, ale znalazłam jakąś kieszonkę w czasie. To musiały być czary, bo nie słyszałam  żeby godzinie przybyła choć jedna minuta.  Minęło dziesięć miesięcy, a rozumiem co mówi do mnie Aida, czytam książki i oglądam filmy hiszpańskojęzyczne. Z pewnością wielka to zasługa Aidy. Uczy w renomowanych szkołach i umie przekazać to co najważniejsze. Jednak godzina raz na tydzień to nie kurs przyspieszony. Zastanawiałam się jak mi się udało zapamiętać tak dużo i już wiem. Od dziesięciu miesięcy słucham tej samej płyty z rozmówkami.  Znam ją na pamięć. Od dziesięciu miesięcy słucham tych samych piosenek. Też je pamiętam. Codziennie czytam  wszystko co zapisałam w  czasie ostatniej lekcji. Hiszpańską książkę czytam minimum trzy razy. Nie wysilam się by zapamiętać reguły gramatyczne. Powtarzam jak automat, a mózg robi swoje. Potem nagle wiem, ale nie wiem skąd. Wystarczy godzina dziennie. I dużo i mało. Można ją ukraść komputerowi, telewizorowi, przyjaciółce. Mówią, że kradzione nie tuczy, ale to nieprawda. Mój mózg utył i klepie się   po tłustym brzuchu. To naprawdę miłe uczucie. Młodzież mogę pocieszyć- Wam wystarczy piętnaście minut. Nie wierzę w brak zdolności językowych. Jeśli pamięć działa jako tako, uda się. Oczywiście są ludzie, którym obcy język wpada do głowy jak piosenka, ale nie ma ludzi, którzy nie mają szans się nauczyć. I wiek nie ma tu znaczenia.

W poszukiwaniu miłości.

DSC00178Nie wiadomo kto pierwszy powiedział „kocham”. Nie wiadomo również do kogo. Myślę, że ludzie zaczęli mieć problem z miłością w momencie gdy wymyślili słowo kocham. Przestali czuć, zaczęli mówić. Słowna deklaracja zastąpiła prawdę uczucia. Bo tak naprawdę co znaczy? –kocham. Wiem na pewno co znaczy w wydaniu Misi. Malutka suczka podobna do ratlerka kocha mnie i nie umie mówić. Nie napisałam- bo nie umie mówić. To się nie wyklucza, ale znacznie utrudnia. Gdyby umiała nie powiedziałaby kocham. Usłyszałabym- bądź przy mnie, zrobię dla ciebie wszystko, tylko bądź. No właśnie- bądź. Biedna, czy bogata. Gruba, czy chuda. Mądra, czy głupia. Bądź. Uczę się kochać przez całe życie. Mam 57 lat, a jeszcze nie doszłam do perfekcji. Może dlatego, że tyle razy słyszałam słowa. Mój ojciec na pewno mówił mi ,że kocha. Nie pamiętam. Zniknął na długo gdy miałam 6 lat. Tęskniłam tak jak Misia gdy wyjeżdżam na kilka dni. Czekałam wiele lat. Myślałam -tylko bądź. Nie było we mnie krzty urazy, żalu. Tylko bądź. Nigdy nie tęskniłam słowami- kocham cię. Po prostu tęskniłam. Jestem pewna, że był to mój pierwszy i największy „zawód miłosny”. Tym większy, że czułam się od ojca „uzależniona” jak Misia ode mnie. W końcu dziecko i pies mają ze sobą więcej wspólnego niż widać na pierwszy rzut oka. Mama dała mi bardzo dużo miłości. Niestety sama zaznała jej zbyt mało i kojarzyła to uczucie nie tyle z „byciem”, co z posiadaniem. Bez żadnych wątpliwości byłam jej najukochańszym, jedynym dzieckiem. Ktoś powie, że łatwo być „naj” gdy jest się jedynym.  Mimo to, nie tyle uczucie, co okazywanie go było w jej wydaniu warunkowe. Dziś sama wiem, że okazywanie miłości w sytuacji konfliktowej jest trudne. Trudne, ale możliwe, a nawet konieczne.  W innych okolicznościach zaczynamy się bać. Oczywiście tylko wtedy gdy naprawdę kochamy. Zaczynamy kłamać, udawać i tracić szacunek do siebie. Jestem absolutnie przekonana, że tysiące ludzi wie o czym piszę. Najgorsze jest to, że ci sami ludzie z czasem tracą umiejętność kochania kogokolwiek, a przede wszystkim siebie. No bo jak można kochać kłamcę i oszusta? Dziecinne „zawody miłosne” prowadzą do utraty nie tylko samego uczucia, ale i wiary w nie. Powiedzieć  kocham jest niezwykle łatwo. Tak samo jak- już nie kocham, bo… Słowna miłość uprawnia do egoizmu, nie szanowaniu obiektu „uczuć” , jego potrzeb i oczekiwań.  Ale czy to w ogóle miłość?